mumsy

Dziś pierwsza rocznica śmierci mojej mamy, Teresy Ozimek. W głowie ciągle chaos, a w sercu pustka, choć dzięki Niej miejsce w nim znaleźli nowi przyjaciele.  Dziękuję, że wciąż jesteście ze mną. Tak dziwnie się poukładało, że Jej zabrakło, ale zostawiła nam siebie nawzajem. Zawsze była hojna i zawsze dbała o innych. Ale hojna w innym znaczeniu, dawała całą siebie, wraz ze swoją energią, siłą, mądrością, poświęcała całkowitą uwagę na sprawy innych.  Mama nauczyła mnie, co naprawdę znaczy tak często dziś nadużywane i nie do końca rozumiane słowo „empatia”. Nie znałam i pewnie nie poznam już nigdy nikogo, kto potrafił tak doskonale wyczuwać ludzkie emocje, nazywać je i koić, gdy  były zbyt bolesne.

Nie jestem w stanie już napisać nic więcej, może za rok będzie mniej bolało i mniej łez poleje się na klawiaturę.

Bardzo za Tobą tęsknimy, Mamuniu!

 

M.

 

 

mamazrozami
Zamknęły się kolejne drzwi. Tym razem te najważniejsze i cały dom pogrążył się w ciszy.
20 kwietnia o godz. 2.30 moja Mama, Teresa Ozimek odeszła, ale pamięć o Niej na zawsze pozostanie w sercach Jej Najbliższych, Rodziny i Przyjaciół.

Nikt nie mógł przewidzieć, że planowany na kilka dni pobyt w szpitalu tak mocno się przedłuży. W kalendarzu pozapisywane spotkania na następny tydzień, rozpoczęte sprawy, okulary zostawione niedbale na biurku i zamrożone parę kromek chleba, by zaraz po powrocie ze szpitala nie latać po sklepach.

Wszystko się pokomplikowało.

Przez te trzy miesiące tak wiele osób się starało, by wyrwać moją Mamę ze szponów czającej się śmierci. Niestety,  przegraliśmy tę walkę.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy opiekowali się moją Mamą, lekarzom z Oddziałów Intensywnej Terapii: dr Katarzynie Woroszył z Wysokiego Mazowieckiego oraz fantastycznemu zespołowi kierowanemu przez dr. Wojciecha Charytoniuka z Białegostoku: dr Oldze Karozie, dr Ewie Biryckiej, dr. Wojciechowi Naliwajko, lekarzom dyżurnym. A także pielęgniarkom i pielęgniarzom, salowym, fizjoterapeucie Piotrowi Mierzwińskiemu oraz doktorowi Pawłowi Zajkowskiemu za nieustające zainteresowanie swoją Pacjentką.
Z całego serca Państwu dziękuję.
Również za czas poświęcony na rozmowy ze mną, za nieokazywanie pośpiechu i zniecierpliwienia, za życzliwe podejście do pacjenta i jego najbliższych.

Bardzo dziękuję też przyjaciołom mojej Mamy, którzy wspierali mnie w trudnych chwilach  i do końca nie przestali wierzyć, że Mama do nas wróci. Sylwio, Staszku, Remi, Panie Piotrze, Madziu- dziękuję Wam bardzo.

Otworzyłam możliwość komentowania bez cenzurowania wpisu, jeśli ktoś ma ochotę coś napisać, to zapraszam.

Spopielenie ciała odbędzie się w piątek (26.04) w Białymstoku, pogrzeb w poniedziałek (29.04) w Warszawie na Cmentarzu Północnym.

 

Tak bardzo tęsknię za Tobą Mamusiu…

M.

 

————————————————————————————————————–

Josephine

 Leontine spotkała się z córką na zboczu góry porośniętej bukami, w ulubionej scenerii, którą przeniosły do nowego świata. Siedziały w milczeniu typowym dla siebie, nie akceptowały egzaltacji, przytulania i trzymania za ręce. Josephine świadomie wybrała ją sobie na matkę, potrzebowała okrucieństwa po poprzednim życiu w ciele panienki z dobrego domu, zmarłej przedwcześnie, bo nie było wtedy Pierre’a i jego leków.

Leontine dysponowała nieograniczonym zasobem wrażeń dostarczanych własnym dzieciom, a zwłaszcza tej córce, która do niej nie pasowała i jak podmieniona plątała się po całym jej życiu. Zaledwie się spotkały, natychmiast powstała wyrwa w miłości zaświatów. Przeniesiony z cielesnego życia ładunek emocji był zbyt wielki i konieczna okazała się  interwencja przewodników, którzy ustawili pomiędzy nimi ekran ochronny. Żadna nie była na to spotkanie gotowa. Josephine od śmierci matki czuła się wolna, nie chciała się z nią spotykać, ale zachowując ziemską pamięć ponosiła konsekwencje tego faktu. Obawiając się jej reakcji,  przewodnicy pokazali pozostałych członków rodziny w pewnym oddaleniu. Okazało się, że Josephine niechętnie odnosi się do spotkań. Uśmiechnęła się wprawdzie na widok ojca i brata, ale wcale do nich nie podążyła. Była równie skomplikowanym duchem jak istotą cielesną i należało pozostawić ją samą sobie. Kiedy już opanowała emocje, pośpieszyła na zwiedzanie  nowego świata. Na ziemi myślała, że nie istnieje coś takiego jak nadmiar piękna, ale istniał, a ona w tym nadmiarze właśnie była u siebie. Jej duch pozbawiony starczych symptomów i niezwykle witalny podążał śladem myśli, które pragnęły wszystko zobaczyć i wszystko poznać. Ciekawość świata była tym, co Leontine najbardziej zwalczała nazywając ją włóczęgą bez domu. Zupełnie nie rozumiała jak to możliwe, że dom jest tam, gdzie córka akurat przebywa. Kiedy już wszystko zwiedziła, postanowiła tę nieprawdopodobną przestrzeń  popularyzować wśród ludzi. Żeby nie bali się śmierci i kiedy będą już gotowi przekroczyć granicę światów, zrobili to z ufnością. Przekazanie, zdawałoby się rzeczy prostych, okazało się bardzo trudne, zważywszy na sceptycyzm istot materialnych. Długo nie wiedziała jak wytłumaczyć, że zmarli nie odchodzą. Porzucają ciało, ale pozostają w tej samej przestrzeni, tyle że przestają być widoczni. Uważają się za bardziej żywych niż ludzie, są wszędzie i widzą wszystko choć ich samych czują i widzą nieliczni. Mocno ograniczała ją słaba w tym względzie komunikacja między światami, poprosiła zatem o pomoc sojuszników rozsiewających wiedzę jak nasiona i jej osobiste posłanie szybko dotarło do istot materialnych. Josephine przypomniała sobie Emilie, córkę Genevieve. Zapragnęła jej towarzystwa i  Emilie natychmiast się pojawiła. Chciała się dowiedzieć, dlaczego siostrzenica tak bardzo kochała pieniądze, że nie wahała się odbierać ich z nadwyżką biedakom, którzy pożyczali u niej na chleb. Emilie opowiedziała o potwornej biedzie w poprzednim wcieleniu, kiedy ciągle była głodna, nie miała ubrania i z powodu nędzy nie chodziła do szkoły. Pomiatali nią ci sami bogaci wówczas mieszkańcy miasteczka, którzy teraz od niej pożyczali. Tolerancyjna Josephine nigdy nie potępiała Emilie, ale zrozumiała dopiero teraz. Zachowanie siostrzenicy było typowe dla inkarnacji i nie miało nic wspólnego z zemstą. Uspokojona i wsparta nową wiedzą, odczuła nagły przymus opuszczenia zaświatów. Na razie spełniła swoją rolę, ale do doskonałości potrzebowała wielu wcieleń. Podobało się jej, kiedy pisała książki, ale nie było to możliwe po raz drugi. Zasugerowała się opowieścią Emilie i postanowiła zostać żebraczką. Urodziła się w kartonowym domku pod mostem dwojgu ludziom o twarzach pooranych cierpieniem i chorobami. Była głodna i ciągle płakała. Ojciec wychodził na poszukiwanie mleka w śmietnikach, ale kiedy wracał z niczym, dostawała do ssania mokrą szmatkę. W taki sposób rozpoczęła nowe życie w ciele i miała do pokonania bardzo długą drogę w łachmanach i na bosaka.

 

——————————————————————————————————————————-

Na wniosek Stowarzyszenia na Rzecz Hospicjum w Hajnówce ,, Fundacja Arhelan-Społecznie Odpowiedzialni” przekazała DPS ,,Spokojna Przystań” w Garbarach /k. Bondar  w gminie Michałowo, artykuły spożywcze w ilości 330 sztuk.

lista

 

Już po raz czwarty Arhelan tak hojnie wspiera Dom Pomocy Społecznej w Garbarach, gdzie mieszka 200 chorych psychicznie osób. Utrzymanie jednego mieszkańca, przy 128 osobach personelu, jest poniżej trzech tysięcy złotych. Dzięki wyjątkowej trosce wszystkich nikomu nie dzieje się krzywda, ale czasem żeby podołać potrzeba wręcz ekwilibrystyki.

Arhelan jest siecią 69 sklepów w 42 miejscowościach. To placówki handlowe bardzo przyjazne klientom i często całkowicie zabezpieczające ich potrzeby. W Hajnówce są 3 sklepy, a w każdym do 20 tys. artykułów spożywczych i przemysłowych. Firmę współtworzy 1200 pracowników.

Darczyńcom serdecznie dziękujemy.

Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce

Ciąg dalszy z 3.03.2019 r.

Chłopak z sąsiedniego pola był blady, chudy i palił papierosy. Ciekawość Leontine wzbudziła jego nieporadność, dla niej machanie widłami były opanowaną do perfekcji grą na instrumencie. On nawet nie wiedział, z której strony się je trzyma i ratowała go ucieszna reakcja innych robotników. Nie umiał przenosić snopów, kopcować kartofli, ale zawsze miał w kieszonce biała chusteczkę, a ona wycierała się rękawami, ilekroć za dużo potu spływało na pulchny biust. Masywna i ogorzała dziewczyna ściągała jego uwagę agresywnym zachowaniem, nie znał nikogo podobnego, a „taniec z widłami” uświadamiał mu nieznajomość zwykłego życia i stał oparty o ostre kolce, aż wbijały się w plecy i wtedy już wiedział, że się napatrzył. Leontine przyglądała się blondynkowi, aż zrobiła się z tego ciąża i jak tylko skończyło się niewolnictwo razem przemierzali kraj na piechotę w poszukiwaniu szczęśliwego miejsca dla ich rodziny. On był zdolny, ona pracowita i gdziekolwiek się pojawili, wnosili cywilizację zaczerpniętą w małej ilości od wroga. Nie istniały dobre strony niewolniczej pracy, ale zgromadzone w jednym miejscu międzynarodowe towarzystwo pozwalało na oswojenie się z obcymi językami i poznawaniem świata z opowieści. Niezależnie od narodowości dziewczyny interesowały się chłopakami i powstawały historie miłosne znacznie ciekawsze niż te z wolnego świata. Blondynek nie znał ważniejszej roli mężczyzny niż produkcja potomstwa nie tylko we własnym domu, ale też w domach chętnych i przychylnych mu kobiet, czasem samotnych, ale też przyprawiającym rogi prawowitym małżonkom. Nielegalne ojcostwo wymuszało pilną ucieczkę i zanim Leontine przyzwyczaiła się do miejsca ukradkiem je opuszczała. Wędrowali jak nomadzi, aż ich własne dzieci osiągały po kolei wiek szkolny i trzeba było się zatrzymać, a nawet zapuścić korzenie, co nie było łatwe ze względu na skłonności małżonka, które zawsze się ujawniały. Żadne z nich nie pomyślało, aby zgubić się w dużym mieście. Jako wiejskie dzieci szukali dla siebie znajomego terenu, gdzie był ogród, pole, kościół w pobliżu i możliwość dorobienia w prowincjonalnym urzędzie. Z pasją podchodził do organizowania nowej władzy i nadszedł czas, że razem z nią stanął w pierwszym szeregu.

20190117_144527

W domu Leontine miała do powiedzenia w każdej sprawie i tak bardzo do tego przywykła, że nie znosiła sprzeciwu. Nie wolno było ingerować w jej autonomię, reagowała jak wściekły pies i w taki sposób zniszczyła swoje małżeństwo. Jeśli nawet myślała że jest inaczej, była jedną z wielu kobiet mężczyzny, którego poślubiła. Po każdym dziecku potrzebowała pilnego zapłodnienia, obnażała wtedy biust i tak długo chodziła półnaga, aż spostrzegł to i wypełnił co jej obiecał na jesiennym kartoflisku wśród ostatnich promieni słońca i pojękiwania wiatru. Rosnąca z każdym rokiem gromadka powodowała nowe symptomy w charakterze Leontine i nic nie wskazywało, że zacznie być w domu co najmniej znośna. Dzieci biła jak tylko zaczynały chodzić – za siebie, za męża, za teściową i jej wredne córki. Nigdy nie była zmartwiona ani smutna, ale zawsze wściekła. Wyzwisk używała takich, jakie zapadły jej w pamięć po wojnie i tułaczce. Każdego wieczoru klękała do pacierza wybłagać zmarnowany dzień, w którym jako jedyna na tym świecie czuwała nad ogniskiem domowym. Nie posuwała się w rozwoju choć lubiła czytać i zawsze miała pod ręką nabożne lektury rozprowadzane przez kościół jako darmowe prezenty dla wiernych. Trafiały się też gazety i jeśli jeszcze się nadawały odkładała je, chyba że wcześniej użyła do innych celów. Nie wolno jej było przeszkadzać przy pacierzu i czytaniu, bo choć zapominała wtedy o sobie, zawsze z wprawą uderzyła dziecko, które podeszło za blisko. Wiedziały o tym od pieluch, ale dopiero tresura nauczyła je ostrożności w zbliżaniu się do matki. Nie miały też prawa do zabierania głosu. Matka była najmądrzejsza i wszystko wiedziała najlepiej. Za niesubordynację biła po twarzy, nie patrząc na kogo trafia.

 

Obraz autorstwa Darii Łukszy.

Dziś dla Państwa kolejny fragment mojej książki  „Dzieci Leontine”.

20180626_135756

Skradała się nad staw, kiedy żabom kończyła się hibernacja, a zaczynały gody. Grzebała ręką szukając samców z rozdętymi twarzami i pod słonko wypatrywała promyków udających korony na szpetnych łebkach. Od pocałunku miała rozpocząć się jej długo wypatrywana miłość, ale żaden nie zmieniał się w królewicza i przygnębiona wracała do swoich zajęć. Była najstarsza z siedmiorga rodzeństwa. Jako córka nie nadawała się ani na księdza, ani na lekarza, a zakonowi za przyjęcie należał się posag. W  gospodarskim domu nie dzielono się dobytkiem na próżno. Wychowywana na żonę nie musiała być mądra, ale pomimo tej niewątpliwej zalety nikogo nie interesowała mało urodziwa i nad podziw pyskata panna. Mówiło się, że ojciec nie pozwala na dzielenie małej gospodarki i kiedy wreszcie trafił się chętny, wybuchła wojna.  Leontine z ulgą opuściła nędzną chatę pod lasem i pojechała bydlęcym wagonem usługiwać okupantom w swoim kraju.

Od dziecka wiedziała, że nie ma większego grzechu niż wykroczenie przeciwko Bogu. Jak elementarz chłonęła w kościele cztery cnoty i uznawała je za cechy wrodzone. Była roztropna, sprawiedliwa, umiarkowana i mężna, przysposobiona do zwalczania siedmiu grzechów głównych, które w nadmiarze posiadają inni. Bóg wiedział, że nie dotyczą jej: pycha i chciwość, nieczystość i zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew i lenistwo. Na wszelki wypadek przepraszała za grzeszników, a na kolanach przekonywała o swojej doskonałości. Przed Wielkanocą, kiedy już słabła od postu, kładła się krzyżem przed ołtarzem i w tym jednym miejscu gotowa była przyznać, że też jest grzeszna, ale zasypiała od zapachu kadzidła i na tym się kończyło. Miała nadzieję, że Bóg nie dostrzega całowania żabich pysków i nie jest to żadna nieczystość. Odchodząc znad stawu zawsze waliła o wodę kijem przeganiając grzech.

 

Ciąg dalszy na blogu 10.03.2019 r.

Zdarzyło się naprawdę

Miałam dwadzieścia kilka lat, za pierwszą pensję kupiłam pierścionek, który podobał mi się tak bardzo, że mogłam nie jeść, aby go tylko mieć. Dwie złote kuleczki na cieniutkiej obrączce. Niby nic takiego, ale ten pierścionek do mnie mówił, był zachwycający, magiczny. Co kilka tygodni jeździłam do swojej mamy i kiedy czekałam na pociąg podszedł młody mężczyzna. Bez słowa wziął moją rękę, przytulił pierścionek do swego policzka, a potem się rozpłakał. Przestraszyłam się. Zaczął mówić jak tylko to zauważył. Poznał dziewczynę chorą na białaczkę. Odwiedzał ją, opowiadała o swoim  marzeniu, że chciałaby mieć ślub w pięknej sukni, a nigdy się nie spełni. Postanowił, że się jej spełni. Choć był przyjacielem nie chłopakiem poprosił o rękę. Podarował pierścionek dokładnie taki jak mój. Potem, w szpitalnej sali, awansował na męża. Piękna suknia była po mamie, na ślub odłączono jej wszystkie rurki, ale i tak nie mogła wstać, nie można też było jej dotknąć, bo zostawały rozległe sińce. Nie zdążył się przyzwyczaić że jest mężem, a  teraz był wdowcem i nie wiedział jak to udźwignąć. A potem płakaliśmy razem, aż odjechałam ostatnim pociągiem. Czasem do siebie dzwoniliśmy. Na tyle rzadko, aby nie obarczać wzajemnie własnymi sprawami, ale dzięki temu znałam jego dalsze losy. Ożenił się z dziewczyną wykształconą, piękną, bywałą i razem z nią wkroczył do wyrafinowanego świata gdzie nie ma miejsca na słabości i nawet wśród łez jest zawsze dobrze. Jak mówił – źle znosiła jego poprzedni związek, na cmentarz wymykał się w najgłębszej tajemnicy. Kiedy urodziły się dzieci zaczęło być normalnie, wielki świat przestał imponować obojgu i z radością skupili się na swojej rodzinie. Czasem pytał czy mam tamten pierścionek, jakby zapomniał że szybko mi zginął, bo komuś podobał się tak bardzo jak mnie. A teraz on też nie żyje, ale naznaczył mnie swoją historią i często myślę o tej dziewczynie, która pragnęła być panną młodą i o tej, która została wdową, bo tamta zabrała go do siebie.

Dziś na blogu, kolejny fragment książki, o którą Państwo pytają:

 

Wielką ulgę odczuła Leontine, kiedy uwolniła się od starego, zniszczonego chorobą ciała. Jeszcze przysiadła na chwilę, ukazała się Josephine jako motyl utkany z różnych odcieni bieli, a potem odepchnęła się lekko i poszybowała w górę. Jak magnes ściągało ją światło, które miało być następnym domem. Musiała jeszcze przejść kwarantannę i zapadła w sen na kilka ziemskich miesięcy, bo w nowym miejscu pojęcie czasu nie istnieje. Dopiero potem przypomniała sobie o dzieciach. Na pewno by się zmartwiła gdyby mogła, ale nie istnieją też żadne destrukcyjne uczucia. Pomyślała, że nie widziała dotąd swoich bliskich zmarłych i…natychmiast się pojawili. Miała wszystkich w zasięgu myśli i bez znaczenia była jej wiotka mglista postać. Najbliżej stanęli rodzice. Witali ją emanując miłością, aż nagle ta miłość była jedynym co sama miała do zaoferowania. Była spokojna i szczęśliwa, cieszyła się każdym kto do niej przyszedł, rozpoznała dzieci, które poroniła i rodzeństwo zmarłe w niemowlęctwie. Mąż opiekował się własnymi dziećmi i nie był już znienawidzonym draniem. Ich dusze rwały się do siebie, a światło stało się wspólnym domem. Leontine pozwolono zachować ziemską pamięć. Miała ją tracić stopniowo, kiedy sama tego zapragnie. Otrzymała też nieograniczone prawo do podglądania osieroconych dzieci, które wcale o sobie tak nie myślały i jak dawniej żyły własnym życiem, bez umieszczania w nim matki.
Pierwsze wibracje odczuła jak nagłe wezwanie. Zatrzymała się przy tabliczce ze swoim nazwiskiem nie uwzględniając faktu, że pod ziemią znajduje się ciało, które porzuciła. Cmentarną aleją zbliżała się piątka jej dzieci, wytwornych w wyglądzie i niebywale pospolitych w sposobie bycia. Po ojcu prezentowały się odpowiednio, a po niej były prymitywne i nie pomogło na to kształcenie się w różnych szkołach. Wprawdzie ułatwiało im życie, ale pospolitość i tak wychodziła cokolwiek robiły, więc tym bardziej zdziwiła ją cicha rozmowa. Jako pierwszy podszedł Andre. Poprawił wieńce i ustawił w wazonach świeże kwiaty, od każdego oddzielnie. Zapalił znicze, bo nie wiadomo dlaczego żywi robią to dla siebie, na wszystkich cmentarzach. Córki nie przerwały rozmowy, choć Josephine próbowała uświadomić im obecność matki. Uznały, że to wytwór chorego umysłu i zanim siostra dostanie całkowitego pomieszania postanowiły wracać. Zaczęły się kłócić jak tylko minęły cmentarną bramę. Leontine nie towarzyszyła im, zobaczyła wystarczająco dużo, aby z chęcią powrócić do swego światła. Córki miały zawzięte twarze, nie tęskniły za nią. Przy grobie nie wspominały matki, choć Josephine nieśmiało je zachęcała. Andre także nie wspomniał zajęty porządkowaniem. Przekonała się jak marny i nie wart uwagi jest świat materii. Jeszcze tylko popatrzy na życie każdego z osobna i ziemska pamięć nie będzie jej już potrzebna.

Dedykuję Joli Łagodzińskiej – mojej drogiej przyjaciółce i czytelniczce

 

Walentynki… za cztery dni!

Miłosne tematy, które niezmiennie się Państwu podobają, zawsze owiane są nutką tajemnicy. Nie rozgłaszamy tego co najlepsze. Mnie jest może łatwiej, bo solidaryzuję się z buddyjską filozofią: kocham cię, dlatego w niczym cię nie ograniczam. Ty jesteś wolny i ja jestem wolna. Wydaje mi się, że tyle dla miłości możemy zrobić. Puścić wolno. Dopiero wtedy ma szansę przetrwać. Ale może się mylę i wcale nie musicie Państwo myśleć jak ja.

Ta dojrzała, długa miłość jest czymś innym niż stan zakochania, który uwielbiamy, a zdarza się tylko kilka razy w życiu. Podobno sekunda wystarczy, żeby się zakochać. Zagrają hormony i dopada głupawka. W szaleństwie nieograniczonego szczęścia potrafimy nie jeść, serce bije szybciej, podwyższa się ciśnienie krwi. W stan euforii wprowadza nas PEA. Działa jak narkotyk i wystarczy wywołać w myślach obiekt uczuć, aby natychmiast dostać nową działkę. Podobałoby się nam myślenie, że stan zakochania to boski dar, sygnały wysyłane i odbierane poza świadomością. Ale nic bardziej mylnego. Choć to takie romantyczne że serce cierpi, to wyłącznie dlatego, że sygnały dostaje z mózgu.

Moje dwie jednoczesne miłości bardzo się od siebie różnią. Jedna jest vip-em, a druga operatorem śmieciarki. Obie są wielkie, jednakowo ważne i nigdy z żadnej bym nie zrezygnowała. Tylko dlaczego dwie? Bo nawet największa głupawka ma różne oblicza i co innego wnosi do życia. Operator śmieciarki jest pomysłowy, zabawny, szalony. VIP bardzo mądry, uważny, przystojny. Dzięki nim moje życie jest barwne, mam za kim tęsknić i o kim myśleć. Mam kim się cieszyć i być dumna. I nic mnie nie obchodzi, że to tylko projekcja mózgu. Przy moich miłościach się uśmiecham i świat staje się lepszy. Jeden jest moim przyjacielem, a drugi wnukiem.

Po artykule z ubiegłego tygodnia, pytacie Państwo o książkę ze szczególnym zainteresowaniem. Pisałam ją dwa lata, a w trzecim została wydana. Starałam się w miarę realnie przedstawić siebie jako pisarkę Josephine, ale reszta jest zbeletryzowana. W Hajnówce są dwa egzemplarze w bibliotece. Taką informację otrzymałam z wydawnictwa, bo choć tu mieszkam, nikt z biblioteki mnie nie powiadomił. Fragment, który zamieszczam, wybrała dla Państwa moja przyjaciółka i angielska tłumaczka, autorka bloga: burza tumblemind

duch07

Pół roku później Josephine zaprosiła rodzeństwo na wspominki w pustym mieszkaniu matki. Rozpoczęcie planowała na cmentarzu, gdzie Leontine na wszystkich czekała. Kobiety miały do pokonania setki kilometrów, tylko Andre był na miejscu i na ich przyjazd zamówił catering ustalony i finansowany przez siostrę. Nie miał zwyczaju wydawać własnych pieniędzy, jeśli nie było to związane z nim samym. Zjawiały się po kolei, ale zamieszanie spowodowała wyłącznie Sophie. Świat musiał się wokół niej kręcić, a jeśli nie, to ona kręciła światem. W nieznośną ciszę wdarł się słowotok Valerie i wydawał się nie do opanowania, podobnie jak jej nadmierna nerwowość. Miała potrzebę mówienia jak matka, niezależnie, czy ktokolwiek słucha. Zanim rodzeństwo usiadło wspólnie przy stole, Josephine wpadła w rozpacz nad własną głupotą. Zaprosiła stado szerszeni w konkretnym celu, tylko że nie było zainteresowane wspominkami. Kawa rozjaśniła umysły i przyśpieszyła wizytę na cmentarzu, ale dziwnie obojętnie przebiegła, bez skupienia, które było dla niej szczególnie ważne jako element porozumienia z zaświatami. Andre dbał o mogiłę, wyglądał na oswojonego z tym miejscem i zachowywał się jak wtedy, gdy matkę odwiedzał w jej mieszkaniu. Na tę chwilę siostry powściągnęły swój temperament, ale dużo miały do powiedzenia i w drodze powrotnej zagrzmiało jak na demonstracji. Dowcip Andre nie zdołał ich przyhamować, a w domu Sophie obrzuciła wyzwiskami Josephine. Nie mogła darować przerwanej w szpitalu akcji z mieszkaniem matki. Nie myślała, że jest potencjalną morderczynią uratowaną przez siostrę, myślała o sobie jako ofierze utraconych dóbr z przeznaczeniem dla beztroskiego i ciągle bezdomnego syna. Genevieve patrzyła na nią z nienawiścią za paskudne intrygi tworzone przez całą młodość i kazała zamknąć obłudny pysk, zanim go jej osobiście rozwali. Valerie – przyzwyczajona do korzystania z wysokiej emerytury Leontine –  wykrzykiwała, jaka jest biedna i nikt jej nie pomaga. Zalewała się obfitymi łzami i całkowicie pomijała fakt posiadania licznych nieruchomości, licząc na amnezję, a przy okazji hojność rodzeństwa. Całkowity brak reakcji postanowiła przeliczyć na wizyty w jej domu, które nadmiernie kosztowały i czas najwyższy za nie zapłacić. Zapomniała, że odwiedzając ją, zabierało się ze sobą jedzenie, bo swoim nie lubiła się dzielić. W chciwości była perfidna i to wygarnęła jej Josephine, ale zaraz pożałowała. Miała teraz przeciwko sobie dwie siostry, które tak łatwo rzucały obelgi, jakby je wcześniej zaplanowały. Sophie i Valerie z wprawą demolowały jej wrażliwą naturę, aż nic nie zostało i spotkania nie dało się już uratować. Andre przestał dowcipkować, poraziła go siła nienawiści, której się w żadnym razie nie spodziewał. Genevieve najpierw nie wiedziała, po czyjej jest stronie, a jak już wiedziała, to musiała się bronić, bo obelgi spadły też na nią za to, że jest ze wszystkich najbogatsza, a majątek zdobyła kosztem własnego rodzeństwa i nigdy się nie przyznała. Awantura odbywała się przy dobrym jedzeniu, przy stole matki, w mieszkaniu, gdzie pół roku temu umarła. Nie wpłynęło to na obyczaje jej dzieci i przygnębiona Josephine postanowiła zgromadzenie opuścić. Czuła się winna. Doskonale wszystkich znała, a mimo to zachciało się jej wspominek. Miała nadzieję, że opowiedzą, komu się przyśniła, przypomną historyjki z jej życia, poczują się rodziną i zaczną się do siebie nawzajem zapraszać. Nic takiego nie nastąpiło. Pokonywały daleką drogę, bo była okazja się jeszcze raz pokłócić. Pośpiesznie pakowała swoje rzeczy, kiedy zaatakowany został Andre za to, że Leontine zostawiła mu to małe mieszkanko, a chciałaby każda. Roześmiał się i zaproponował, żeby je sobie wzięły, po czym wyszedł z Josephine. W taki sposób skończyły się sentymenty. Andre wynajął mieszkanie obcym ludziom, choć lubił tam czasem posiedzieć i pomyśleć o matce. Josephine przestała opuszczać zagraniczny mały domek, w którym najlepiej się jej pisało, a tęsknot nie miała już żadnych i nie chciała mieć. Sophie powiedziała jej na pożegnanie, że jest schizofreniczką, Valerie przypomniała, że jest starsza i musi pomagać biednej młodszej siostrze, Genevieve machnęła tylko ręką, co mogło oznaczać: goodbye albo: idź do diabła.