mamazrozami
Zamknęły się kolejne drzwi. Tym razem te najważniejsze i cały dom pogrążył się w ciszy.
20 kwietnia o godz. 2.30 moja Mama, Teresa Ozimek odeszła, ale pamięć o Niej na zawsze pozostanie w sercach Jej Najbliższych, Rodziny i Przyjaciół.

Nikt nie mógł przewidzieć, że planowany na kilka dni pobyt w szpitalu tak mocno się przedłuży. W kalendarzu pozapisywane spotkania na następny tydzień, rozpoczęte sprawy, okulary zostawione niedbale na biurku i zamrożone parę kromek chleba, by zaraz po powrocie ze szpitala nie latać po sklepach.

Wszystko się pokomplikowało.

Przez te trzy miesiące tak wiele osób się starało, by wyrwać moją Mamę ze szponów czającej się śmierci. Niestety,  przegraliśmy tę walkę.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy opiekowali się moją Mamą, lekarzom z Oddziałów Intensywnej Terapii: dr Katarzynie Woroszył z Wysokiego Mazowieckiego oraz fantastycznemu zespołowi kierowanemu przez dr. Wojciecha Charytoniuka z Białegostoku: dr Oldze Karozie, dr Ewie Biryckiej, dr. Wojciechowi Naliwajko, lekarzom dyżurnym. A także pielęgniarkom i pielęgniarzom, salowym, fizjoterapeucie Piotrowi Mierzwińskiemu oraz doktorowi Pawłowi Zajkowskiemu za nieustające zainteresowanie swoją Pacjentką.
Z całego serca Państwu dziękuję.
Również za czas poświęcony na rozmowy ze mną, za nieokazywanie pośpiechu i zniecierpliwienia, za życzliwe podejście do pacjenta i jego najbliższych.

Bardzo dziękuję też przyjaciołom mojej Mamy, którzy wspierali mnie w trudnych chwilach  i do końca nie przestali wierzyć, że Mama do nas wróci. Sylwio, Staszku, Remi, Panie Piotrze, Madziu- dziękuję Wam bardzo.

Otworzyłam możliwość komentowania bez cenzurowania wpisu, jeśli ktoś ma ochotę coś napisać, to zapraszam.

Spopielenie ciała odbędzie się w piątek (26.04) w Białymstoku, pogrzeb w poniedziałek (29.04) w Warszawie na Cmentarzu Północnym.

 

Tak bardzo tęsknię za Tobą Mamusiu…

M.

 

————————————————————————————————————–

Josephine

 Leontine spotkała się z córką na zboczu góry porośniętej bukami, w ulubionej scenerii, którą przeniosły do nowego świata. Siedziały w milczeniu typowym dla siebie, nie akceptowały egzaltacji, przytulania i trzymania za ręce. Josephine świadomie wybrała ją sobie na matkę, potrzebowała okrucieństwa po poprzednim życiu w ciele panienki z dobrego domu, zmarłej przedwcześnie, bo nie było wtedy Pierre’a i jego leków.

Leontine dysponowała nieograniczonym zasobem wrażeń dostarczanych własnym dzieciom, a zwłaszcza tej córce, która do niej nie pasowała i jak podmieniona plątała się po całym jej życiu. Zaledwie się spotkały, natychmiast powstała wyrwa w miłości zaświatów. Przeniesiony z cielesnego życia ładunek emocji był zbyt wielki i konieczna okazała się  interwencja przewodników, którzy ustawili pomiędzy nimi ekran ochronny. Żadna nie była na to spotkanie gotowa. Josephine od śmierci matki czuła się wolna, nie chciała się z nią spotykać, ale zachowując ziemską pamięć ponosiła konsekwencje tego faktu. Obawiając się jej reakcji,  przewodnicy pokazali pozostałych członków rodziny w pewnym oddaleniu. Okazało się, że Josephine niechętnie odnosi się do spotkań. Uśmiechnęła się wprawdzie na widok ojca i brata, ale wcale do nich nie podążyła. Była równie skomplikowanym duchem jak istotą cielesną i należało pozostawić ją samą sobie. Kiedy już opanowała emocje, pośpieszyła na zwiedzanie  nowego świata. Na ziemi myślała, że nie istnieje coś takiego jak nadmiar piękna, ale istniał, a ona w tym nadmiarze właśnie była u siebie. Jej duch pozbawiony starczych symptomów i niezwykle witalny podążał śladem myśli, które pragnęły wszystko zobaczyć i wszystko poznać. Ciekawość świata była tym, co Leontine najbardziej zwalczała nazywając ją włóczęgą bez domu. Zupełnie nie rozumiała jak to możliwe, że dom jest tam, gdzie córka akurat przebywa. Kiedy już wszystko zwiedziła, postanowiła tę nieprawdopodobną przestrzeń  popularyzować wśród ludzi. Żeby nie bali się śmierci i kiedy będą już gotowi przekroczyć granicę światów, zrobili to z ufnością. Przekazanie, zdawałoby się rzeczy prostych, okazało się bardzo trudne, zważywszy na sceptycyzm istot materialnych. Długo nie wiedziała jak wytłumaczyć, że zmarli nie odchodzą. Porzucają ciało, ale pozostają w tej samej przestrzeni, tyle że przestają być widoczni. Uważają się za bardziej żywych niż ludzie, są wszędzie i widzą wszystko choć ich samych czują i widzą nieliczni. Mocno ograniczała ją słaba w tym względzie komunikacja między światami, poprosiła zatem o pomoc sojuszników rozsiewających wiedzę jak nasiona i jej osobiste posłanie szybko dotarło do istot materialnych. Josephine przypomniała sobie Emilie, córkę Genevieve. Zapragnęła jej towarzystwa i  Emilie natychmiast się pojawiła. Chciała się dowiedzieć, dlaczego siostrzenica tak bardzo kochała pieniądze, że nie wahała się odbierać ich z nadwyżką biedakom, którzy pożyczali u niej na chleb. Emilie opowiedziała o potwornej biedzie w poprzednim wcieleniu, kiedy ciągle była głodna, nie miała ubrania i z powodu nędzy nie chodziła do szkoły. Pomiatali nią ci sami bogaci wówczas mieszkańcy miasteczka, którzy teraz od niej pożyczali. Tolerancyjna Josephine nigdy nie potępiała Emilie, ale zrozumiała dopiero teraz. Zachowanie siostrzenicy było typowe dla inkarnacji i nie miało nic wspólnego z zemstą. Uspokojona i wsparta nową wiedzą, odczuła nagły przymus opuszczenia zaświatów. Na razie spełniła swoją rolę, ale do doskonałości potrzebowała wielu wcieleń. Podobało się jej, kiedy pisała książki, ale nie było to możliwe po raz drugi. Zasugerowała się opowieścią Emilie i postanowiła zostać żebraczką. Urodziła się w kartonowym domku pod mostem dwojgu ludziom o twarzach pooranych cierpieniem i chorobami. Była głodna i ciągle płakała. Ojciec wychodził na poszukiwanie mleka w śmietnikach, ale kiedy wracał z niczym, dostawała do ssania mokrą szmatkę. W taki sposób rozpoczęła nowe życie w ciele i miała do pokonania bardzo długą drogę w łachmanach i na bosaka.

 

——————————————————————————————————————————-

Na wniosek Stowarzyszenia na Rzecz Hospicjum w Hajnówce ,, Fundacja Arhelan-Społecznie Odpowiedzialni” przekazała DPS ,,Spokojna Przystań” w Garbarach /k. Bondar  w gminie Michałowo, artykuły spożywcze w ilości 330 sztuk.

lista

 

Już po raz czwarty Arhelan tak hojnie wspiera Dom Pomocy Społecznej w Garbarach, gdzie mieszka 200 chorych psychicznie osób. Utrzymanie jednego mieszkańca, przy 128 osobach personelu, jest poniżej trzech tysięcy złotych. Dzięki wyjątkowej trosce wszystkich nikomu nie dzieje się krzywda, ale czasem żeby podołać potrzeba wręcz ekwilibrystyki.

Arhelan jest siecią 69 sklepów w 42 miejscowościach. To placówki handlowe bardzo przyjazne klientom i często całkowicie zabezpieczające ich potrzeby. W Hajnówce są 3 sklepy, a w każdym do 20 tys. artykułów spożywczych i przemysłowych. Firmę współtworzy 1200 pracowników.

Darczyńcom serdecznie dziękujemy.

Stowarzyszenie na Rzecz Hospicjum w Hajnówce

Ciąg dalszy z 3.03.2019 r.

Chłopak z sąsiedniego pola był blady, chudy i palił papierosy. Ciekawość Leontine wzbudziła jego nieporadność, dla niej machanie widłami były opanowaną do perfekcji grą na instrumencie. On nawet nie wiedział, z której strony się je trzyma i ratowała go ucieszna reakcja innych robotników. Nie umiał przenosić snopów, kopcować kartofli, ale zawsze miał w kieszonce biała chusteczkę, a ona wycierała się rękawami, ilekroć za dużo potu spływało na pulchny biust. Masywna i ogorzała dziewczyna ściągała jego uwagę agresywnym zachowaniem, nie znał nikogo podobnego, a „taniec z widłami” uświadamiał mu nieznajomość zwykłego życia i stał oparty o ostre kolce, aż wbijały się w plecy i wtedy już wiedział, że się napatrzył. Leontine przyglądała się blondynkowi, aż zrobiła się z tego ciąża i jak tylko skończyło się niewolnictwo razem przemierzali kraj na piechotę w poszukiwaniu szczęśliwego miejsca dla ich rodziny. On był zdolny, ona pracowita i gdziekolwiek się pojawili, wnosili cywilizację zaczerpniętą w małej ilości od wroga. Nie istniały dobre strony niewolniczej pracy, ale zgromadzone w jednym miejscu międzynarodowe towarzystwo pozwalało na oswojenie się z obcymi językami i poznawaniem świata z opowieści. Niezależnie od narodowości dziewczyny interesowały się chłopakami i powstawały historie miłosne znacznie ciekawsze niż te z wolnego świata. Blondynek nie znał ważniejszej roli mężczyzny niż produkcja potomstwa nie tylko we własnym domu, ale też w domach chętnych i przychylnych mu kobiet, czasem samotnych, ale też przyprawiającym rogi prawowitym małżonkom. Nielegalne ojcostwo wymuszało pilną ucieczkę i zanim Leontine przyzwyczaiła się do miejsca ukradkiem je opuszczała. Wędrowali jak nomadzi, aż ich własne dzieci osiągały po kolei wiek szkolny i trzeba było się zatrzymać, a nawet zapuścić korzenie, co nie było łatwe ze względu na skłonności małżonka, które zawsze się ujawniały. Żadne z nich nie pomyślało, aby zgubić się w dużym mieście. Jako wiejskie dzieci szukali dla siebie znajomego terenu, gdzie był ogród, pole, kościół w pobliżu i możliwość dorobienia w prowincjonalnym urzędzie. Z pasją podchodził do organizowania nowej władzy i nadszedł czas, że razem z nią stanął w pierwszym szeregu.

20190117_144527

W domu Leontine miała do powiedzenia w każdej sprawie i tak bardzo do tego przywykła, że nie znosiła sprzeciwu. Nie wolno było ingerować w jej autonomię, reagowała jak wściekły pies i w taki sposób zniszczyła swoje małżeństwo. Jeśli nawet myślała że jest inaczej, była jedną z wielu kobiet mężczyzny, którego poślubiła. Po każdym dziecku potrzebowała pilnego zapłodnienia, obnażała wtedy biust i tak długo chodziła półnaga, aż spostrzegł to i wypełnił co jej obiecał na jesiennym kartoflisku wśród ostatnich promieni słońca i pojękiwania wiatru. Rosnąca z każdym rokiem gromadka powodowała nowe symptomy w charakterze Leontine i nic nie wskazywało, że zacznie być w domu co najmniej znośna. Dzieci biła jak tylko zaczynały chodzić – za siebie, za męża, za teściową i jej wredne córki. Nigdy nie była zmartwiona ani smutna, ale zawsze wściekła. Wyzwisk używała takich, jakie zapadły jej w pamięć po wojnie i tułaczce. Każdego wieczoru klękała do pacierza wybłagać zmarnowany dzień, w którym jako jedyna na tym świecie czuwała nad ogniskiem domowym. Nie posuwała się w rozwoju choć lubiła czytać i zawsze miała pod ręką nabożne lektury rozprowadzane przez kościół jako darmowe prezenty dla wiernych. Trafiały się też gazety i jeśli jeszcze się nadawały odkładała je, chyba że wcześniej użyła do innych celów. Nie wolno jej było przeszkadzać przy pacierzu i czytaniu, bo choć zapominała wtedy o sobie, zawsze z wprawą uderzyła dziecko, które podeszło za blisko. Wiedziały o tym od pieluch, ale dopiero tresura nauczyła je ostrożności w zbliżaniu się do matki. Nie miały też prawa do zabierania głosu. Matka była najmądrzejsza i wszystko wiedziała najlepiej. Za niesubordynację biła po twarzy, nie patrząc na kogo trafia.

 

Obraz autorstwa Darii Łukszy.

Dziś dla Państwa kolejny fragment mojej książki  „Dzieci Leontine”.

20180626_135756

Skradała się nad staw, kiedy żabom kończyła się hibernacja, a zaczynały gody. Grzebała ręką szukając samców z rozdętymi twarzami i pod słonko wypatrywała promyków udających korony na szpetnych łebkach. Od pocałunku miała rozpocząć się jej długo wypatrywana miłość, ale żaden nie zmieniał się w królewicza i przygnębiona wracała do swoich zajęć. Była najstarsza z siedmiorga rodzeństwa. Jako córka nie nadawała się ani na księdza, ani na lekarza, a zakonowi za przyjęcie należał się posag. W  gospodarskim domu nie dzielono się dobytkiem na próżno. Wychowywana na żonę nie musiała być mądra, ale pomimo tej niewątpliwej zalety nikogo nie interesowała mało urodziwa i nad podziw pyskata panna. Mówiło się, że ojciec nie pozwala na dzielenie małej gospodarki i kiedy wreszcie trafił się chętny, wybuchła wojna.  Leontine z ulgą opuściła nędzną chatę pod lasem i pojechała bydlęcym wagonem usługiwać okupantom w swoim kraju.

Od dziecka wiedziała, że nie ma większego grzechu niż wykroczenie przeciwko Bogu. Jak elementarz chłonęła w kościele cztery cnoty i uznawała je za cechy wrodzone. Była roztropna, sprawiedliwa, umiarkowana i mężna, przysposobiona do zwalczania siedmiu grzechów głównych, które w nadmiarze posiadają inni. Bóg wiedział, że nie dotyczą jej: pycha i chciwość, nieczystość i zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew i lenistwo. Na wszelki wypadek przepraszała za grzeszników, a na kolanach przekonywała o swojej doskonałości. Przed Wielkanocą, kiedy już słabła od postu, kładła się krzyżem przed ołtarzem i w tym jednym miejscu gotowa była przyznać, że też jest grzeszna, ale zasypiała od zapachu kadzidła i na tym się kończyło. Miała nadzieję, że Bóg nie dostrzega całowania żabich pysków i nie jest to żadna nieczystość. Odchodząc znad stawu zawsze waliła o wodę kijem przeganiając grzech.

 

Ciąg dalszy na blogu 10.03.2019 r.

Zdarzyło się naprawdę

Miałam dwadzieścia kilka lat, za pierwszą pensję kupiłam pierścionek, który podobał mi się tak bardzo, że mogłam nie jeść, aby go tylko mieć. Dwie złote kuleczki na cieniutkiej obrączce. Niby nic takiego, ale ten pierścionek do mnie mówił, był zachwycający, magiczny. Co kilka tygodni jeździłam do swojej mamy i kiedy czekałam na pociąg podszedł młody mężczyzna. Bez słowa wziął moją rękę, przytulił pierścionek do swego policzka, a potem się rozpłakał. Przestraszyłam się. Zaczął mówić jak tylko to zauważył. Poznał dziewczynę chorą na białaczkę. Odwiedzał ją, opowiadała o swoim  marzeniu, że chciałaby mieć ślub w pięknej sukni, a nigdy się nie spełni. Postanowił, że się jej spełni. Choć był przyjacielem nie chłopakiem poprosił o rękę. Podarował pierścionek dokładnie taki jak mój. Potem, w szpitalnej sali, awansował na męża. Piękna suknia była po mamie, na ślub odłączono jej wszystkie rurki, ale i tak nie mogła wstać, nie można też było jej dotknąć, bo zostawały rozległe sińce. Nie zdążył się przyzwyczaić że jest mężem, a  teraz był wdowcem i nie wiedział jak to udźwignąć. A potem płakaliśmy razem, aż odjechałam ostatnim pociągiem. Czasem do siebie dzwoniliśmy. Na tyle rzadko, aby nie obarczać wzajemnie własnymi sprawami, ale dzięki temu znałam jego dalsze losy. Ożenił się z dziewczyną wykształconą, piękną, bywałą i razem z nią wkroczył do wyrafinowanego świata gdzie nie ma miejsca na słabości i nawet wśród łez jest zawsze dobrze. Jak mówił – źle znosiła jego poprzedni związek, na cmentarz wymykał się w najgłębszej tajemnicy. Kiedy urodziły się dzieci zaczęło być normalnie, wielki świat przestał imponować obojgu i z radością skupili się na swojej rodzinie. Czasem pytał czy mam tamten pierścionek, jakby zapomniał że szybko mi zginął, bo komuś podobał się tak bardzo jak mnie. A teraz on też nie żyje, ale naznaczył mnie swoją historią i często myślę o tej dziewczynie, która pragnęła być panną młodą i o tej, która została wdową, bo tamta zabrała go do siebie.

Dziś na blogu, kolejny fragment książki, o którą Państwo pytają:

 

Wielką ulgę odczuła Leontine, kiedy uwolniła się od starego, zniszczonego chorobą ciała. Jeszcze przysiadła na chwilę, ukazała się Josephine jako motyl utkany z różnych odcieni bieli, a potem odepchnęła się lekko i poszybowała w górę. Jak magnes ściągało ją światło, które miało być następnym domem. Musiała jeszcze przejść kwarantannę i zapadła w sen na kilka ziemskich miesięcy, bo w nowym miejscu pojęcie czasu nie istnieje. Dopiero potem przypomniała sobie o dzieciach. Na pewno by się zmartwiła gdyby mogła, ale nie istnieją też żadne destrukcyjne uczucia. Pomyślała, że nie widziała dotąd swoich bliskich zmarłych i…natychmiast się pojawili. Miała wszystkich w zasięgu myśli i bez znaczenia była jej wiotka mglista postać. Najbliżej stanęli rodzice. Witali ją emanując miłością, aż nagle ta miłość była jedynym co sama miała do zaoferowania. Była spokojna i szczęśliwa, cieszyła się każdym kto do niej przyszedł, rozpoznała dzieci, które poroniła i rodzeństwo zmarłe w niemowlęctwie. Mąż opiekował się własnymi dziećmi i nie był już znienawidzonym draniem. Ich dusze rwały się do siebie, a światło stało się wspólnym domem. Leontine pozwolono zachować ziemską pamięć. Miała ją tracić stopniowo, kiedy sama tego zapragnie. Otrzymała też nieograniczone prawo do podglądania osieroconych dzieci, które wcale o sobie tak nie myślały i jak dawniej żyły własnym życiem, bez umieszczania w nim matki.
Pierwsze wibracje odczuła jak nagłe wezwanie. Zatrzymała się przy tabliczce ze swoim nazwiskiem nie uwzględniając faktu, że pod ziemią znajduje się ciało, które porzuciła. Cmentarną aleją zbliżała się piątka jej dzieci, wytwornych w wyglądzie i niebywale pospolitych w sposobie bycia. Po ojcu prezentowały się odpowiednio, a po niej były prymitywne i nie pomogło na to kształcenie się w różnych szkołach. Wprawdzie ułatwiało im życie, ale pospolitość i tak wychodziła cokolwiek robiły, więc tym bardziej zdziwiła ją cicha rozmowa. Jako pierwszy podszedł Andre. Poprawił wieńce i ustawił w wazonach świeże kwiaty, od każdego oddzielnie. Zapalił znicze, bo nie wiadomo dlaczego żywi robią to dla siebie, na wszystkich cmentarzach. Córki nie przerwały rozmowy, choć Josephine próbowała uświadomić im obecność matki. Uznały, że to wytwór chorego umysłu i zanim siostra dostanie całkowitego pomieszania postanowiły wracać. Zaczęły się kłócić jak tylko minęły cmentarną bramę. Leontine nie towarzyszyła im, zobaczyła wystarczająco dużo, aby z chęcią powrócić do swego światła. Córki miały zawzięte twarze, nie tęskniły za nią. Przy grobie nie wspominały matki, choć Josephine nieśmiało je zachęcała. Andre także nie wspomniał zajęty porządkowaniem. Przekonała się jak marny i nie wart uwagi jest świat materii. Jeszcze tylko popatrzy na życie każdego z osobna i ziemska pamięć nie będzie jej już potrzebna.